Kiedy w styczniu tego roku wylatywałam z zamglonego Krakowa nie spodziewałam się, że miasto, do którego przylecę przywita mnie pięknym, słonecznym dniem. Przygotowana byłam na zimny, deszczowy, szaro-bury klimat, zgodnie ze stereotypem jaki przypisywany jest Irlandii. Zaskakująca pogoda nie była jednak ostatnią niespodzianką, jaka spotkała mnie w Dublinie.
W pierwszym dniu mojego pobytu w Dublinie po ciężkiej, nocnej podróży z przygodą w postaci parogodzinnego opóźnienia wylotu samolotu obudził mnie rankiem śpiew ptaków. Wyjrzałam przez okno aby zobaczyć osławioną, irlandzką zieleń ale zamiast niej ujrzałam coś całkiem innego a mianowicie: stary, opuszczony cmentarz pośrodku placu a wokół niego osiedle. Jego specyficzny wygląd z charakterystycznymi, celtyckim krzyżami skojarzył mi się od razu z horrorem... Brakowało jeszcze tajemniczo rozchodzącej się mgły oraz poświaty księżyca w pełni aby nastrój grozy był kompletny. Bliskość cmentarza za oknem jednak nie przełożyła się na atmosferę w domu i nie wydarzyło się nic, co mogłoby by zostać zainspirowane obecnością spoczynku jego „lokatorów”. Jedynie może sytuacji, kiedy nie wiadomo dlaczego nie mogłam otworzyć drzwi od toalety, które za to z łatwością zostały uchylone przez zdziwioną moją agresywnością współlokatorkę. Moje parominutowa szarpanina może zostać jednak wytłumaczona w całkiem przyziemny i racjonalny sposób;-)
Wieczorem wybraliśmy się ze znajomymi Polakami mieszkającymi w Dublinie „na piwo” a dokładniej na ciemnego o gęstej pianie Guinnessa z kroplą soku z czarnej porzeczki ( nota bene bardzo smacznego). Udaliśmy się do jednego z lokali, w którym obecnie zamiast księdza rządzi barman, mszalne wino zastępuje piwo a patetyczne akordy organów ustąpiły rockowej muzyce. Jedynie lojalność przychodzących wiernych nie uległa zmianie.. choć powód i przedmiot kultu zdecydowanie się zmienił;) Nie będę zbytnio dywagować czy na lepsze...Na pewno nie na gorsze;-) Świadomość delektowania się alkoholem w miejscu, w którym widnieją kościelne tablice, w ścianach znajdują się wnęki po konfesjonałach a w centralnym miejscu na górze stoją ogromne, pozłacane organy jest dość osobliwie prowokująca intelektualnie;-) Tym bardziej, że katolicyzm w Irlandii jest silną religią i traktowaną z wielu powodów bardzo poważnie. Zastanawiałam się więc sącząc alkohol, czy zamiana kościoła na pub wynika z ducha czasu czy jest raczej skutkiem szukania oryginalnych pomysłów na biznes lub też zagospodarowaniem obiektu, który w innym przypadku opuszczony najzwyczajniej by niszczał...
Moja kolejna wizyta w pubie, tym razem bardziej konwencjonalnym była utrzymana w klimatach stricte dyskotekowych choć na parkiecie niewiele się działo, gdyż lokalne piękności wystrojone w kiecki bez ramiączek z lat 80-tych zajęte były robieniem sobie nawzajem zdjęć, pisaniem esemesów lub bujaniem się w rytm muzyki przy równoczesnym rozglądaniu się za męskimi okazami. W Dublinie proporcja ilości kobiet przypadających na jednego mężczyznę w wynosi 3:1 ( całkowicie odwrotnie niż na poza stolicą ) stąd podobno płeć żeńska w mieście jest bardziej zdeterminowana i gotowa na wszystko aby zwrócić na siebie uwagę. Jednej z nich nawet całkiem dobrze się to udało, gdy pod wpływem nadużycia trunków dziewcze to przewróciło się na środku parkietu odsłaniając wszystkim obecnym pewną bardzo jasną część ciała... Jeżeli chodzi o dynamikę i fantazję tańca to przynajmniej my obecni na dyskotece Polacy w porównaniu do „tubylców” moglibyśmy spokojnie wygrać „Taniec z gwiazdami” gdybyśmy mieli Irlandczyków za konkurentów... Dla usprawiedliwienia „pomówionych” muszę uczciwie jednak zaznaczyć, że trudno jest tańczyć trzymając w jednej dłoni partnerkę a w drugiej piwo ;-) Podczas innej wizyty w kolejnym pubie ( a jest ich w Dublinie sporo;-) miałam okazje zobaczyć na żywo tzw. taniec irlandzki. Specyficzne „stepowanie” z wysoko podnoszonymi kolanami i z wyprostowaną sylwetką nie zachwyciło jednak mnie jakoś szczególnie. Jak dla mnie było zbyt monotonne choć akompaniująca muzyka jest pełna radości.
W całkiem innym klimacie był za to pub dla grabarzy, w którym kiedyś przesiadywali przede wszystkim przedstawiciele tego wg mnie najstarszego zawodu świata ( człowiek przecież umierał od zawsze a prostytucja pojawiła się wraz z wprowadzeniem pieniądza) a znajdował się on zaraz przy cmentarzu, na którym pochowana jest największa w Europie liczba osób( pub zatem musiał mieć długą tradycję;-). Urządzony był jak przystało na okoliczności skromnie, w solidne, ciemne stoły i ławy. Wygląd raczej mało rozrywkowy choć słyszałam, że temat śmierci nie jest w Irlandii bardzo poważnie traktowany i bywają tu organizowane całkiem wesołe stypy. Po wypiciu małego piwa opuściliśmy ten przybytek. Co ciekawe byłam tam jedyną kobietą. Czy to zwykły przypadek czy reguła? ;-)
Dublin nie jest miastem, które można porównać z Paryżem, Pragą czy każdą inną, pełną historycznych zabytków stolicą. To raczej skupisko kamienic przypominającym nasze familoki, ściśle ze sobą połączonych ( dzielnice mieszkalne), szerokich ulic, na których po obu stronach znajdują się sklepy i dość okazałe ale standardowe budowle, kanał wodny z morskim ptactwem oraz liczne pomniki. Te ostatnie tematycznie odnoszą się bardzo często do historii wyzwoleńczej Irlandii, za wyjątkiem może rzeźby sławnej postaci kobiecej Molly Malone, o której różnie mówią, raz że sprzedawała ryby a raz, że swoje ciało.... Jakby jednak o niej nie mówiono i nie śpiewano: jedno jest pewne: pomnik swój ma! Charakterystyczne dla Dublina są dwupiętrowe autobusy, często stylizowane „na cadilaca” bo z odsłoniętą górą. Znajomy jednak odradzał mi podróżowanie nimi gdyż romantyzm jazdy kończy się już po pierwszym kilometrze kiedy uszy i nos zamieniają swój kolor na nieatrakcyjnie czerwony i pojawiają się nieprzyjemne doznania czuciowe.
Bardzo oryginalnie malowane są drzwi wejściowe mieszkalnych budynków a mianowicie w soczyste i wyraziste kolory, których barwę bardzo często podkreślał jeszcze kontrast, gdy obok siebie znalazły się histeryczna żółć i wściekły fiolet. Osobliwością był także ubiór przechodniów: od krótkich spodenek i skarpetek po kurtki zimowe, czapki i rękawiczki. Drugim takim novum było to, że na dworcu kolejowym obowiązywał zakaz żucia gumy. Niestety nie dowiedziałam z jakiego powodu ale mogę jedynie domniemywać, że musiała ona stanowić zbliżony problem jaki występuje w Singapurze, gdzie wypluta na ulicę guma zostawiała czarne plamy, których usuwanie kosztowało budżet miasta sporo pieniędzy. A jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że to nie o złośliwość dublińskich kolejarzy;-)
To co mnie jednak negatywnie zaskoczyło to brak synchronizacji świateł drogowych w kontekście samochodów i pieszych, co skutkowało tym, że jedynym kryterium włączania się do ruchu zielone światło, nie skorelowane logistycznie z ogólną sytuacją na skrzyżowaniu.
Przechodnie na ulicach to wielonarodowościowy tłum, w którym bardzo często słychać język polski. Jest coś charakterystycznego w twarzach naszych rodaków, co widać wyraźnie dopiero gdy przebywa się za granicą naszego kraju. To specyficzny układ oczu i ich wyraz, pokusiłabym się nawet o tezę, że „polskość” tkwi z spojrzeniu... Dublin nie jest monumentalnym miastem i nie kojarzy się ze stolicą państwa. Nie rzuca na kolana swoim architektonicznym rozmachem i zabytkami gdyż raczej przypomina miasto wojewódzkie, zbudowane w sposób prosty i funkcjonalny niż piękny i interesujący. Ma w sobie jednak taki swojski, pogodny urok, który łącząc się z bliską obecnością morza nadaje mu bardzo przyjazną atmosferę. Mój parodniowy pobyt w stolicy Irlandii pełen był Słońca, które podobno nie jest częstym gościem na tej wyspie dlatego też ja zapamiętam Dublin jako miasto Długich Cieni, które zostawiali przechodnie w słoneczne południe. Tym samym, nie dam się tak łatwo przekonać tym, którzy twierdzą, że wyspa ta tonie tylko we mgle i smutku...